radex's cave

Tajmer: screenshoty

Kilka tygodni temu zapowiedziałem, że pracuję nad zajebistym minutnikiem do Pomodoro na Maka i zaprezentowałem teasera.

Teraz, z pewnym poślizgiem, czas najwyższy pokazać kilka screenshotów! :)

→ Zobacz posta na Forrst !

iMac

Tak wyglądał pierwszy aluminiowy iMac, z 2007 roku:

Tak wygląda obecny iMac (wydany po raz pierwszy w 2009):

Awesome. Zredukowano dolny „margines” i usunięto aluminiowe obramowanie. Szkło jest od krawędzi do krawędzi, co wygląda niesamowicie (wokół szkła od spodu jest metalowy pasek, który jest trzymany przez silne magnesy do reszty obudowy). Plastikowy tył zamieniono na aluminiowy (cała obudowa jest zrobiona z jednego kawałka aluminium).

I założę się, że tak będzie wyglądał najbliższy iMac:

To jest zdjęcie Thunderbolt Display. I jestem przekonany, że tak też będzie wyglądał z przodu nowy iMac. Szkło od lewej do prawej, od góry do dołu. Z przodu tylko szkło. Z tyłu tylko aluminium. I ani jednej widocznej śrubki.

Myślę, że iMac przejdzie redesign z najbliższym (długo wyczekiwanym) wydaniem, które będzie miało miejsce najpewniej w kwietniu.

Instalacja aplikacji Rails na Apache i Phusion Passenger

Teaser mojej nowej aplikacji oparłem na Railsie. Tak, wiem, że to bez sensu, bo to tylko jedna statyczna strona i zapis emaila do bazy danych, ale i tak to zrobiłem ;)

… a następnie przez ładnych kilka godzin męczyłem się, żeby zainstalować aplikację na serwerze. Ostatecznie jest to całkiem proste, ale nie znalazłem tutoriala, który by mi to pokazał, więc musiałem sam dojść jak skonfigurować serwer.

Pierwszym problemem dla mnie był fakt, że aplikacja jest w poddomenie (teaser.radexp.pl). Mój serwer domyślnie dla poddomen tworzy foldery w katalogu głównej domeny, tak, że strona była dostępna przez teaser.radexp.pl oraz radexp.pl/teaser/. Problem był taki, że reguły mod_rewrite w .htaccess od mojego bloga gryzły się z .htaccess od teasera — serwer wywalał HTTP 500 i potrzebowałem trochę czasu, żeby dojść, dlaczego ;) Morał jest taki, żeby aplikacje w poddomenach trzymać w katalogach niezależnych od domeny wyższego rzędu.

Gdy już udało mi się uruchomić samą aplikację RoR, nie wczytywały się elementy statyczne (CSS, obrazki). Powód był banalny: serwer był tak skonfigurowany, że public_html wskazywał na katalog, w którym był tylko .htaccess odpalający Railsa. Powinien natomiast wskazywać na katalog public/ aplikacji Ruby on Rails.

A oto plik konfiguracji Apache (Rails jest oparty na Passengerze):

PassengerEnabled On
PassengerAppRoot /home/radex/domains/teaser.radexp.pl/app
RailsBaseURI /
RailsEnv production

A struktura katalogów wygląda następująco:

teaser.radexp.pl
|—app/			← katalog aplikacji
|   | (…)
|   |—public/		← zasoby statyczne oraz .htaccess
|   |   | (…)
|   |   | .htaccess
|—public_html/		← symlink do app/public/ (tutaj serwer szuka strony)

Banalne, prawda?

Teaser!

Jak wielu programistów, korzystam z Pomodoro przez cały czas. Dla tych, którzy nie słyszeli o tej technice, działa to tak: pracujesz w 25-minutowych blokach z 5-minutowymi przerwami pomiędzy. I co 4 „pomodora” robisz dłuższą, 15-20 minutową przerwę. Generalnie nie potrafię pracować przez dwie godziny bez przerw i być produktywnym. Jeśli nie mam flow, to po pewnym czasie tracę koncentrację i jakość pracy drastycznie spada. Pomodoro bardzo pomaga mi być skupionym, produktywnym i kreatywnym.

Problem: wszystkie minutniki na Maka po prostu ssą. Choć potrzebne narzędzie wydaje się banalne, prosty tajmer, to gdy korzysta się z niego przez wiele godzin każdego dnia od dwóch lat, zaczyna być strasznie irytujące. Z jakiegoś powodu nie ma minutnika, który by był dobrze zaprojektowany pod ten cel.

Ale jak to?

Po pierwsze, minutniki ogólnego zastosowania są zwykle duże, irytujące i muszę je ręcznie zminimalizować. Potrzebuję, żeby mój minutnik do Pomodoro był zawsze pod ręką, ale także żeby zawsze był schowany gdy pracuję i nie zawadzał mi drogi. Po drugie, gdy tajmer zadzwoni, zazwyczaj potrzebuję jeszcze dwóch minut, żeby dokończyć jakiś fragment tego, nad czym pracuję. I czasami po tych dwóch minutach zapominam o tym, że powinienem zrobić przerwę. Jest też kilka minutników, które niby są narzędziami do produktywności, a są strasznie skomplikowane. Narzędzie do produktywności musi być proste, inaczej jest irytujące i bezcelowe. Znalazłem też jeden albo dwa tajmery, które są specjalnie zaprojektowane pod Pomodoro. Tyle, że czasami mam flow i potrzebuję więcej niż 25 minut. Czasami potrzebuję dłuższej przerwy. Czasami jestem już zmęczony i chcę wcześniej skończyć blok pracy. Mój minutnik musi zachować pewien stopień uniwersalności, w końcu to tylko narzędzie, a to ja tu jestem szefem ;)

Rozwiązanie: napisałem własny ;) Nie było to takie proste, jak się wydaje, ale było warto i myślę, że przyda się wielu innym Pomodorowiczom :)

Niedługo pokażę screenshoty, a za kilka tygodni program będzie dostępny na Mac App Store.

Na razie mam do zaprezentowania jedynie teaser! :)

→ http://teaser.radexp.pl/

Wszelki feedback bardzo mile widziany :)

Zobacz też posta na Forrst

Recenzja: Mała Wielka Firma

Ostatnio przeczytałem pożyczoną od MWL-a i bardzo polecaną przez niego książkę Mała Wielka Firma.

Nie spodobała mi się.

Przede wszystkim nie podoba mi się styl. Autor próbuje pisać w ciekawy i fajny sposób, ale niestety mu to nie wychodzi. Książka jest napisana nudnawo, miejscami lekko żałośnie i czasami czułem, jakby autor traktował czytelnika jak dziecko. Nazywa swoje rady czy zasady „sekretami”, co śmierdzi szarlatańskim self-helpem. No i po prostu nie czułem, żebym czegokolwiek się nauczył z tej książki.

Może by mi się spodobała, gdybym ją przeczytał dwa lata temu, była by to moja pierwsza książka na ten temat i wtedy bym do niej zawsze wracał z pozytywnymi wspomnieniami. Może bym inaczej do niej podszedł, gdybym prowadził już własne przedsiębiorstwo i na własnej skórze mógłbym zobaczyć, co robię źle. Zapewne też wpływ na moją ocenę ma fakt, że czytałem tę książkę późnymi wieczorami, tuż przed pójściem spać, kiedy łatwo się wkurzam ;)

Tak, czy siak owe magiczne sekrety można streścić następująco:

  1. kontroluj koszty
    1. unikaj kosztów stałych
    2. nie lekceważ żadnych kosztów
  2. panuj nad zapasami
    1. gromadząc zapasy pozbywasz się pieniędzy
    2. czas to pieniądz
  3. szacuj inwestycje
    1. podstawowe błędy: pomijanie skutków negatywnych i pozytywnych inwestycji
  4. pilnuj należności
    1. nie daj się oszukać
  5. kalkuluj pensje (jak wynagradzać swoich pracowników, niekoniecznie pieniędzmi)
  6. poznaj swoje mocne strony
    1. na sukces firmy wpływa mnóstwo niewielkich czynników
    2. trzymaj rękę na pulsie
  7. rozwijaj firmę
    1. przyciągaj nowych klientów
    2. spraw, aby klienci kupowali więcej i częściej
  8. kontroluj swój biznes

I tyle. Jest tam opisanych wiele różnych niuansów, ale prawie wszystko, moim zdaniem, jest albo bardzo podstawową wiedzą albo jest wręcz oczywiste i intuicyjne.

Mam za dużo rzeczy

Kontynuując myśl z ostatniego posta:

Ostatnio, przeglądając zaległe RSS-y natrafiłem na artykuł Michała Śliwińskiego, który przypomniał mi o 100 Things Challenge (późniejsza wersja). W skrócie, idea jest taka, aby ograniczyć liczbę swoich osobistych rzeczy do 100 (oczywiście licząc niektóre grupy rzeczy jako jedną rzecz, np. książki albo skarpetki), takie wyzwanie dla minimalistycznych nerdów ;)

I wtedy, po raz kolejny, zdałem sobie sprawę, że po prostu mam za dużo rzeczy. Straszny bałagan, w pokoju, w dokumentach, na kompie, itd. Podążając za ideą minimalizmu, nie gromadzę już zbytnio nowych rzeczy, tylko ważne i warte uwagi. Niestety zdążyłem już zebrać wystarczająco, żeby mnie to teraz wkurzało ;)

I serio, bardzo mnie to wkurza, więc postanowiłem, raz jeszcze, pozbyć się wszystkiego co niepotrzebne.

Mój nieplan:

Tak, wiem. Wiem, wiem, mi też to się nie podoba. Bo to dużo, bądźmy szczerzy, nieproduktywnej pracy; shit work.

Więc dlaczego to robię? Jest to swego rodzaju „nowy początek”, pozbycie się zbędnego bagażu, wszystkiego tego z przeszłości, co nie jest potrzebne, a wręcz przeszkadza, irytuje i dekoncentruje mnie. Stworzenie czystego, schludnego środowiska pracy, w którym można po prostu się skupić, pomyśleć, poczytać, popisać, poprojektować i poprogramować ;)

Powrócę jeszcze na chwilę do poprzedniego artykułu. Wspomniałem tam o 5S i zasugerowałem, że jest to kilka idei, które mają zastosowanie do utrzymywania porządku w pokoju/biurze/domu. Pozwolę sobie powiedzieć o nich jeszcze kilka zdań:

Dobra, koniec gadania, trzeba się wziąć do roboty ;)

Minimalizm

Kilka lat temu, całkiem przypadkiem, zostałem zapoznany z 5S. Jest to pewna japońska metodyka zarządzania miejscem pracy, kilka reguł, które mają na celu usprawnienie produkcji w fabryce.

Szczególnie istotny jest tutaj pierwszy z owych S-ów:

Zaciekawiło mnie to. A to dlatego, że zawsze byłem przyzwyczajony do zbierania i magazynowania rzeczy. I było to dla mnie całkowicie naturalne, że więcej znaczy lepiej. Nigdy nie lubiłem wyrzucać moich rzeczy, bo przecież może mi się to kiedyś przyda. I tak, całkowicie nieświadomie, także w wielu innych dziedzinach życia, działałem zgodnie z zasadą „więcej znaczy lepiej”. Więcej rzeczy, więcej dokumentów, więcej procesów, więcej programów, więcej ficzerów, więcej wszystkiego. Aż do momentu, gdy miałem tego tyle, że zaczęło mnie to irytować. Trudno mi było zapanować nad taką masą rzeczy.

I wtedy natknąłem się na tą ideę. Wyeliminuj rzeczy, które nie są potrzebne. Przecież to takie oczywiste, takie eleganckie rozwiązanie. A jednak takie nowe, obce, rewolucyjne. Tak więc, zaryzykowałem, spojrzałem na mój pokój i wyrzuciłem mnóstwo rzeczy, które tak naprawdę nie były mi do niczego potrzebne. Potrzebowałem do tego sporo odwagi, bo szkoda mi było ich. Przecież to moje rzeczy! Ale ani razu tego nie żałowałem. Tak było lepiej.

Z czasem zacząłem sobie zdawać sprawę, że minimalizm jest fajny nie tylko w odniesieniu do fizycznych przedmiotów, które posiadam, ale ma zastosowanie do wielu innych dziedzin.

Oto kilka historii:

Jakieś cztery lata temu, z różnych powodów, przerzuciłem się na Linuksa. Jednak czym dłużej na nim pracowałem, tym bardziej go nienawidziłem. Chociażby przez ciągłe problemy (z tym, z tamtym, ze sterownikami i ze wszystkim innym), zależności systemu pakietów, nadmierną konieczność korzystania z terminala, to że po reinstalce potrzebuję tygodnia, żeby wszystko na nowo skonfigurować i programy, które były po prostu do dupy. W międzyczasie, mój znajomy pokazał mi swojego Maka. I bardzo szybko mi się spodobał. Zdziwiło mnie, że wcześniej praktycznie nic nie wiedziałem o Apple, pomimo że wszystko co oni robią jest takie piękne, eleganckie, proste, łatwe. Minimalistyczne. Rok później kupiłem mojego Maka Mini, którego mam do dziś. I nigdy nie przestało mi się to podobać. Później, gdy trochę bardziej zrozumiałem design, zorientowałem się, że Apple celowo rezygnuje z wielu ficzerów i celowo umieszcza tak mało opcji w preferencjach swoich aplikacji. Bo dobre aplikacje i urządzenia są takie dlatego, że rozwiązują problemy, nie dlatego, że mają tysiące funkcji. Bo setki opcji nie sprawią, że użytkownik będzie bardziej zadowolony próbując dostosować program do własnych potrzeb.

Kolejna historia. Rok temu kupiłem sobie książkę o nazwie REWORK. Była to moja pierwsza książka po angielsku. Gdy ją kupiłem, nawet nie wiedziałem o czym ona jest! Jedyne co wtedy wiedziałem, to że jest, podobno, zajebista. Wciąż się dziwię, co mnie skłoniło do kupienia książki, o której prawie nic nie wiedziałem, ale nigdy nie żałowałem, bo, istotnie, ta książka jest absolutnie zajebista. W każdym razie, Rework jest, rzekomo, o biznesie. Ale to nie prawda. W rzeczywistości jest to książka przedstawiająca pewną filozofię. Jest to manifest. Mógłbym mówić o Reworku godzinami (temat na osobny post), ale wiele z najważniejszych idei można określić minimalistycznymi: You need less than you think (nie potrzebujesz magazynu, biura i miliona dolarów, żeby zacząć prosty biznes), Less mass (czym „szczuplejszy” jesteś w biznesie, tym łatwiej jest o zmiany, co jest przewagą nad wielkimi korporacjami), Embrace constraints (wykorzystaj to co masz, nawet jeśli masz na coś tylko 1000 dolarów i 10 godzin tygodniowo), Build half, not half-ass (połowa niesamowitego produktu jest lepsza niż cały produkt, który jest do dupy — patrz: Apple), Underdo your competition (nie rób więcej niż konkurencja, rób lepiej niż konkurencja) i wiele, wiele innych. Trudno to skrócić w kilku zdaniach, mogę powiedzieć tylko tyle: Rework jest arcydziełem i jest niesamowicie inspirujący. Jak przeczytasz, to zrozumiesz ;)

Co więcej, to nie jest jedyne dzieło autorów tej książki. Napisali też inną książkę, o bardzo podobnym podejściu, tylko o tworzeniu oprogramowania, Getting Real. Piszą swojego bloga firmowego, Signal vs. Noise i są twórcami między innymi Basecampa i Highrise. I czy wspomniałem, że współautor Reworka, David Heinemeier Hansson jest twórcą Ruby on Rails? Oto 37signals ;) Cóż, jakby to powiedzieć, wszystko co wychodzi z ich rąk jest absolutnie zajebiste i niesamowicie inspirujące. Polecam.

Nie wystarczy?

Zen Habits. Mnmlist. Less everything. Ruby. Rails.

Te wszystkie rzeczy i wiele innych mnie inspirowały, aby wraz z czasem i doświadczeniem zostać fanem minimalizmu.

Czyli czego właściwie? Cóż, nie potrafię tego jednoznacznie zdefiniować, ale dla mnie minimalizm to: rezygnacja z jakichś bliżej nieokreślonych rzeczy (przedmiotów, ficzerów, procesów, itd.) dla większego dobra; preferowanie prostych, eleganckich rozwiązań; kreowanie sobie sytuacji, gdzie nie jest się ograniczonym i można w każdej chwili zmienić zdanie.

Bo minimalizm to fajne podejście. Nie skrajny minimalizm. Nie zawsze. Nie wszędzie. Jak zawsze, to zależy. Ale co za dużo to nie zdrowo, a mniej rzeczy oznacza mniej zmartwień i więcej czasu na inne rzeczy, a ludzi tacy jak ja zawsze mają mnóstwo rzeczy, które chcieliby zrobić, a tak malutko czasu, żeby to zrobić. Trzeba więc podejmować decyzje, skupić się na tym co najważniejsze, a z reszty zrezygnować.

Na koniec, Leo Babauta:

Less is better.

Less means you spend less. You need less storage. You need a smaller house.

Less means you worry less. You search for things less. You are less bogged down by clutter.

Less means you’re lighter. You’re freer. You can focus on better things.

Less means you can travel more quickly. You spend less time with stuff, and more time doing stuff.

Less is more sustainable, more beautiful.

A Ty, jesteś zwolennikiem minimalizmu? Czym jest dla Ciebie minimalizm? Co Cię zainspirowało?

→ ciekawy wpis Matta Gemmella na podobny temat

Syntezator na Arduino

No co? No co?!

Rewolucja kontra innowacja, design i Apple

Jeśli coś fundamentalnie zmienia sposób, w jaki sposób ludzie wykonują pewne czynności lub myślą o niektórych rzeczach, to mówimy, że jest to rewolucyjne. Teoria względności była rewolucyjna. Teoria ewolucji była rewolucyjna. Wracając do techniki, choć jest to dyskusyjne, myślę, że można uznać iPhone’a i iPada za urządzenia rewolucyjne. Ludzie nie chodzili z telefonami obsługiwanymi dotykiem w kieszeni. Mieliśmy palmtopy, ale generalnie była to domena ludzi biznesu i były one toporne w używaniu. A dzisiaj, może z Polską w tyle, ale co trzeci Kowalski nosi w kieszeni urządzenie o możliwościach, które jeszcze nie tak dawno temu były niewyobrażalne. A oryginalny iPhone w 2007 roku był przełomowym wydarzeniem w tej kwestii i wyznaczył najwyższe standardy interfejsu i UX. I do dzisiaj — hejterzy mnie oskalpują za to co powiem — konkurencja nie daje rady w porównaniu z iOS-em. Wielu ludzi obeznanych technicznie tego nie docenia i jedynie liczy ficzery, ale sorry — Androidowy UX to jest druga klasa. I podobna historia tyczy się iPada.

Innowacyjność nie jest tak mocnym określeniem. Jeśli ktoś złoży istniejącą technologię do kupy w sposób, w jaki inni tego nie zrobili, można już mówić o innowacji. Jeśli ktoś podczas projektowania zmieni swój sposób myślenia o tym, w jaki sposób jakiś koncept powinien być zrealizowany, nawet jeśli użytkownik tego nie zauważy, też mamy do czynienia z innowacją.

Dobry design rodzi innowację. I właśnie to czyni produkty Apple’a tak zajebiście zajebistymi. Apple nie tworzy nowych technologii. Apple jedynie, powtórzę raz jeszcze, składa istniejącą technologię do kupy w sposób, w jaki inni tego nie zrobili. Jedynie? ! Technologia jest fajna, ale jest wiele firm, które tworzą dobrą technologię. Ale tylko najlepsi z najlepszych potrafią złożyć technologię tak, aby rozwiązywała rzeczywiste problemy, żeby była dostępna dla każdego i żeby jej używanie było przyjemnością. Design to nie wygląd, jak się przyjęło w języku polskim. Design to całokształt tego, jak coś działa. Design, biatch!

Zanim zainstalujesz Liona

Jak wszyscy już na pewno wiecie, w zeszłą środę Apple wydało świeżutkiego Liona. W moim przypadku, aktualizacja systemu zajęła znacznie więcej czasu, niż bym chciał. Choć na pozór banalna, zaowocowała w więcej negatywnych emocji i rzuconych wulgaryzmów, niż można było by się spodziewać. Oto moja historia i jak uchronić się od głupich błędów:

W czwartek zawitałem App Store’a, dałem Apple’owi zarobić 24 euro i zacząłem pobierać czterogigową paczkę z instalatorem. A że byłem głupi, zrobiłem to wieczorem, podczas gdy do osiemnastej mam dwukrotnie szybszy internet (ściąganie 4GB przy 2Mbps nie należy do najprzyjemniejszych).

Kolejnego dnia, czas na instalację. Pozornie, bułka z masłem (albo innym smarowidłem, w zależności od preferencji): odpalasz Instalator, idziesz na śniadanie (stąd metafora z bułką), wypić kawę, przeczytać poranną gazetę, wracasz pół godziny później, a zaktualizowany system już na ciebie czeka.

„Nie, nie, nie… Prawdziwy geek co półtora roku robi świeżą instalację!”, pomyślałem.

Pierwszym krokiem było, oczywiście, wykonanie backupu dysku. „Ludzie dzielą się na tych, co robią kopie zapasowe i na tych, co będą robić kopie zapasowe”, mówi pewne geekowskie przysłowie. Tak się akurat złożyło, że kilka dni wcześniej kupiłem dysk zewnętrzny do Time Machine (co, nawiasem mówiąc było związane z upadkiem na rowerze i złamaniem jednej z kości nadgarstka, ale to inna historia) i wciąż leżał nierozpakowany na półce. Kupiłem go, bo przewidywałem chęć zrobienia czystej instalki, a nie chciałem być jednym z tych, co będą robić kopie zapasowe (do tej pory zawsze bezpieczny był tylko kod źródłowy i kilka najważniejszych dokumentów w chmurze).

„Ha! Wykonam bootowalnego klona dysku”, pomyślałem.

Odpaliłem Narzędzie dyskowe, sformatowałem dysk jako GPT (aby był bootowalny), znalazłem program SuperDuper! do wykonywanie kopii zapasowych (co za idiotyczna nazwa) i odpaliłem klonowanie. Trochę załamałem się, gdy zobaczyłem, że transfer nie przekracza 8MB/s, no ale co poradzisz… Generalnie zamiar był taki, aby podczas gdy mój Mac jest niezdatny do pracy zrobić coś produktywnego, np. poczytać książkę albo napisać wpis na bloga… Nietrudno domyślić się, jaki był tego rezultat…

Półtorej godziny później, gdy kopiowanie było dopiero w jednej trzeciej, SuperDuper! uprzejmie zakomunikował mi, że „nie może znaleźć pliku X” i zatrzymał klonowanie. Nie potrafię określić mojej irytacji w tamtym momencie bez używania wulgaryzmów.

Domyśliłem się, że to dlatego, że korzystałem z Maka podczas klonowania dysku, a super-dupny program nie jest wystarczająco mondry, aby poradzić sobie ze zmianami w systemie plików. Gdy moja irytacja opadła, przypomniałem sobie, że w opcjach klonowania jest możliwość nadpisania tylko nowszych zmian. Zaznaczyłem tą opcję i dopiero wtedy dowiedziałem się, że jest ona dostępna tylko w płatnej wersji. Ech…

Odpaliłem więc raz jeszcze pełne klonowanie i powróciłem do oglądania Jutubca. Pół godziny później, gdy mi się znudziło, wkurzyłem się i zatrzymałem klonowanie. Zastanawiałem się, czemu byłem taki głupi i po prostu nie odpaliłem Time Machine na tym dysku poprzedniego dnia. Jednakże byłem taki głupi, że i wtedy tego nie zrobiłem — a przecież to był cały zamiar kupowania zewnętrznego dysku. Zamiast tego, wrzuciłem płytę od Snow Leoparda do napędu i zrobiłem kopię za pomocą Narzędzia dyskowego z poziomu DVD. Zajęło to ponad trzy godziny. Bitchin’.

Po skopiowaniu, sprawdziłem tylko, czy OS X odpala się z zewnętrznego dysku i zrebootowałem z powrotem do Snow Leoparda na wewnętrznym HDD. Postanowiłem wtedy zrobić drugą partycję na Liona, aby móc na spokojnie przekopiować wszystkie pliki i ustawienia ze starego systemu. Gdy tylko zwolniłem trochę miejsca (160GB to nie jest zbyt dużo…), uruchomiłem repartycjonowanie. Po 15 minutach przeżuwania dysku (podczas którego jedynie kursor odpowiadał), Mac dostał kernel panica. Dawno tego pana nie widziałem! Przestraszyłem się, że Mac już się nie zbootuje, na szczęście nic się nie stało. Podjąłem drugą próbę, uprzednio zwalniając jeszcze więcej miejsca. Po 20 minutach Narzędzie dyskowe wypluło komunikat, że się nie powiodło. Ech… Spróbowałem jeszcze raz — nic. Odpaliłem ponownie płytę od Mac OS-a, ale i z tamtego poziomu, z jakiegoś powodu, dysk nie chciał się zrepartycjonować.

Zamierzałem zrobić jeszcze więcej miejsca wyrzucając z dysku wszystko, prócz najważniejszych rzeczy, ale zauważyłem, że jest już siedemnasta (a zacząłem proces gdzieś koło 10:30), więc poddałem się, zakomunikowałem w kilku lapidarnych zwrotach pustemu pokojowi co o tym sądzę i po prostu odpaliłem instalator Liona. Niecałą godzinę później, lew przejął miejsce śnieżnej pantery.

Hurra? Nie do końca.

Kolejnego dnia zdecydowałem zainstalować, na prawdę nie wiem po kiego grzyba, Windowsa 7 przez Boot Campa. Nie będę wchodził w szczegóły, w skrócie tylko powiem, że i to nie obyło się bez problemów.

Później zachciało mi się (też nie wiem w sumie po co) zrobić kopię moich danych na jeszcze inny, offsite’owy dysk, co przy transferach tego dysku zajęło chwilę, oraz comiesięczny backup najważniejszych rzeczy na DVD. Nie wiem skąd ten wybuch paranoi, wszak przez wiele lat obywałem się bez Time Machine’a, a „comiesięczne” backupy były takie tylko z nazwy. Cóż, moja nerdowsko-paranoiczna część powinna być nasycona na wiele miesięcy ;)

Ostatecznie wywaliłem ręcznie sklonowane pliki z zewnętrznego HDD, zsynchronizowałem dyski za pomocą TM i wywaliłem Windowsa, stwierdzając, że zajmuje mi za dużo miejsca na moim skromnym dysku, a skoro nie potrzebowałem go przez 1,5 roku to obędę się bez niego dłużej.

Aha, jeszcze jedno: wpadłem na pomysła, aby nagrać cały proces i elegancko zmontować w dwu-trzy minutowym filmiku, co dodatkowo zajęło trochę czasu, a ostatecznie, gdy moja irytacja osiągnęła zenitu, zrezygnowałem. Sorry!

Morał

Jeśli mimo wszystko chcesz zrobić czystą instalkę i ręcznie przekopiować wszystko, zobacz artykuł Pawła Nowaka i weź pod uwagę, że najprawdopodobniej zajmie Ci to więcej czasu, niż myślisz.

Tak więc, powracając do tytułu, zanim zainstalujesz Liona, ustrzeż się od moich błędów.

No chyba, że chcesz się z tym, tak jak ja, pierdolić przez dwa dni — w takim wypadku, powodzenia!

1 Starsze wpisy »